[RECENZJA] Jak kamień w wodę - Hanna Greń

Kiedy pół roku temu w Krakowie spotkałyśmy Hannę po raz pierwszy, jawiła nam się jako niegroźna pani o uśmiechniętej twarzy i wiecznie dobrym humorze. Humor ten nie znikał nawet wtedy, kiedy nie zorientowałam się, że na tę edycję targów książkowych nie dowozi z centrum żaden autokar i czas pojawienia się na hali wypełnionej literaturą wydłużył się o prawie dwie godziny. Kto by pomyślał, że w jej książkach, zawsze z wątkiem kryminalnym, plączą się okrutne dla czytelnika fabuły. Dosłownie - spalają człowieka do cna...




"Jak kamień w wodę" to pozycja, przy której odpoczęłam od bycia natrętnym autorem i redaktorem. Możecie mi wierzyć, że to pierwsza powieść polskiego autora, którą po prostu przeczytałam. Siedziałam cztery godziny na sofie jednego z domów, w którym panował szał przygotowywania do filmu o zombiakach. Ja, z braku laku  i z tego, że mój makijaż miał się tworzyć dopiero od piętnastej, wyciągnęłam książkę  Hanny i zaczęłam czytać. Po czterdziestu stronach zorientowałam się, gdzie jestem i że... że tekst mi się podoba. Że powieść wciągnęła mnie bez reszty. Wow.

Pierwszą mocną stroną tekstu jest oczywiście fabuła. Skonstruowana wyśmienicie i równie dobrze oparta o prawdziwe życie. Nie było w niej nic słodkiego, nic dającego poczucie wyimaginowanej obyczajowości. Chodzi mi tu o relacje głównej bohaterki z rodziną.  Nie ma miłości to... nie ma miłości. Na świecie mamy podobne sytuacje, że miłość rodzicielska nigdy nie istniała i nie zaistnieje. Podoba mi się to, bo opowieść o Pliszce nie jest dla mnie stricte kryminałem. Kryminalna otoczka jest właśnie otoczką. To losy Kornelii są na głównym planie, ale ten obyczaj nie chwyta za serce, bo jest taki uroczy. Jest prawdziwy od początku do końca. I chwała za to.
Fabuła na początku ma kilka niespodziewanych zakrętów, potem zaś już wiem, co autorka zaplanowała. Jestem dość spostrzegawczym czytelnikiem i połączenie kilku szczegółów, kiedy są  podane na tacy, to prosta czynność. Podoba mi się to jednak, gdyż uwielbiam spoilery i uwielbiam też śledzić, jak pisarz poradził sobie z takimi chwytami. Czy pomimo przeczucia zdołają mnie wzruszyć? Powiem wam, że coś w tym jest, bo chciałam rzucić książką, ale na szczęście nie byłam u siebie. Całe szczęście! Aż mnie skręciło, co też dzieje się niesłychanie rzadko. Nie myślcie, że słodzę  każdemu znajomemu autorowi. Rzadko tekst przekonuje mnie do siebie na tyle, by dać mu x>5 gwiazdek na LC.

Takie obyczaje lubię. Silne kobiety, które pomimo naprawdę wyjątkowego pecha do życia, są w stanie rozwinąć swoją pasję w źródło zarobku i być w tym najlepszym. To wymaga szalonego samozaparcia i ogromnego morza pracy. A to określa nawet jeden dialog bohaterek na początku książki, że studia i wieczny zapieprz nie zrobią z ciebie geniusza. W większości to praca na własną łapę i cieszę się, że ta książka niesie to prawdziwe przeświadczenie. Nie jest to, oczywiście, jedyna trafna myśl, bo testy Hani zawsze niosą ze sobą coś magicznego. Nie coś, co zapycha człowieka i wkurza go przejechaną wskroś mądrością.

To też zasługa języka, który bardzo mocno się zmienił. Pamiętam, kiedy publikowałam swoje pierwsze teksty w nieistniejącym już niedzielniku z drabblami i shortami, Hanna również opublikowała tam swoje drobne teksty i już wtedy mi się podobały. Tym razem jednak dostałam potężną dawkę porządnego, lekko zakurzonego języka. Już raczę tłumaczyć może metaforyczne oznaczenie tekstu. Styl autorki to dostojny polski ze słowami, które idealnie podsumowywały działania bohaterów. Zakurzony, bo nie kolokwialny, nie szalony, bez psujących język neologizmów. Nie było w nim nic pastelowego, ale jednocześnie nie był to zimny styl, zimny narrator, który beznamiętnie opowiada o wzlotach i upadkach. Język ten jeszcze nie będzie może prosty dla rzeszy przeciętnych czytelników, bo i pisarstwo Hani nie należy do super prostych. Pokuszę się o stwierdzenie, że to proza dla inteligentnych i że odnajdą się w niej zarówno kobiety, jak i mężczyźni.

I chciałabym napisać, rozdział po rozdziale, jak czytało mi się i wnikało w opowieść o Pliszce, ale lepiej dla was, jeżeli zrobicie to sami. Książkę polecam wszystkim. Przy niej możecie ciekawie odpocząć od gatunków, nie zwracać uwagi na idiotyczne treści w innych lekturach i dobrze się bawić. Polecam też osobom wrażliwym i cholerykom, co lubią dobre zakończenia. Tylko nie rzucajcie książką o ścianę, bo już za niecały miesiąc Hanna zagości w Warszawie na majowych targach książkowych. Nie możecie więc tam przybyć bez jej powieści w rękach.

Za możliwość zrecenzowania przypremierowego dziękuję wydawnictwu i autorce!


3 komentarze:

  1. Genialna okładka. Jeśli znajdę w bibliotece, chętnie przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaciekawiłaś mnie tą pozycją. Także nie lubię przesłodzonych wątków i cenię silne kobiety, które mimo przeszkód dążą do celu.
    MyArtsophia

    OdpowiedzUsuń
  3. Raczej nie moje klimaty, chociaż z tego co widzę warto byłoby się zastanowić nad lekturą.

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na blogu

Copyright © 2014 #GorszySort , Blogger